1 KLIKNIĘCIE MYSOM

* E-mail ku mnie





POWRÓT
NA GŁÓWNOM
STRONICKE
wtorek, 05 września 2006
ZMIANA ADRESU BLOGA

Uprzejmie informuje, ze blog mój bedzie teroz kontynuowany pod nowym adresem:

http://owczarek.blog.polityka.pl/

Syćkik piknie zaprasom pod ten adres. Hau!

12:57, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (6) »
piątek, 16 czerwca 2006
DELIRUS MONTANUS L.

"Zasumiały góry,
Zasumiały lasy -
Kany sie podziały
Starodawne casy?"

Ano właśnie. Kany sie podziały? Opowiem wom krótkom historie, ftórom kiesik opowiedzioł mojemu bacy zaprzyjaźniony z nomi ceper. W schronisku w Dolinie Pięciu Stawów był dzień jak codzień. Nastoł wiecór jak co wiecór. Nagle jeden z turystów zorientowoł sie, ze – krucafuks! - ftoś mu ukrodł plecak! Latoł bidok po całym schronisku, sukoł, wypytywoł - bezskutecnie. Wreście pomogli mu ratownicy z TOPR-u, rusyli na slak i długo nie sukali. Chycili złodzieja! Pod Siklawom go dopadli! I tak oto TOPR okazoł sie skutecny w ratowoniu nie ino ludzi, ale tyz plecaków. Niby syćko sie dobrze skońcyło, jednak ... pozostoł jakiś zal. Zal za tymi starodawnymi casami, kie w nasyk górak turysta mógł w dowolnym miejscu zostawić plecak na cały dzień i nie musioł sie bać, ze ftoś mu ten plecak ukrodnie. Ino wtedy to po górak chodził inksy gatunek turystów, taki co to mógłby sie nazywać: Delirus montanus L. Gatunek ten jesce nie wyginął. Som w górak takie miejsca - scególnie w Beskidzie Niskim, ale w inksyk górak tyz - ka nadal mozno go spotkać. Delirus montanus jest podobny do Homo sapiensa, ale rózni sie od niego ogromnym plecakiem, ftóry tascy na swym grzbiecie. Mozno by pomyśleć, ze ten plecak to pasozyt – a to nieprowda. W rzecywistości jeden z drugim zyjom w piknej symbiozie. Delirus montanus wiedzie zywot samotny lub w kilkoosobowyk stadak. Spotyko sie tyz osobniki chodzące parami: samice i samca. Delirus montanus zawse sanuje góry, a góry jego. Poza górami cuje sie gorzej niz ryba poza wodom. Nieftórzy uwazajom przedstawicieli tego gatunku za dziwaków, bo zamiast siedzieć w ciepłej chałupie, to łazom po górak nawet w najpaskudniejsom pogode. Ale w sumie syćka ik lubiom, bo to som sympatycne stworzenia, ftóryk casem złoscom niedzielni turyści, ale w rozie potrzeby zawse im pomogom, a juz niejednemu z nik uratowali zycie. Cy Delirus montanus wyginie kiesik całkowicie? Jo se myśle, ze dopóki bedom istnieć góry – to nie wyginie!

**********************************

I tak oto w moim blogowaniu zakońcył sie pewien etap: prawie syćkie z umiesconyk haw opowiadań opowiadań były poblikowane juz wceśniej, najcynściej na forum "Polityki", ale casem tyz pod "Tygodnikiem Powsechnym". Opowiadanie o Delirusie montanusie było ostatnim z mojego gawędziarskiego archiwum (nie licąc paru takik, co uznołek je za zbyt słabe, coby je tutok umiescać). Co bedzie dalej? To zalezy od wielu rzecy: między inksymi od ilości nowyk pomysłów i ilości wolnego casu.
A jeśli ftoś fciołby spotkać mnie w górak - to łatwo mnie znaleźć. Trza ino pojechać pod Turbacz i dobrze sie rozejrzeć - jak uwidzicie owcarka siedzącego pod smrekiem i cytającego ksiązki - to bede jo! Hau!

08:52, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (9) »
czwartek, 08 czerwca 2006
POZAR

Mój baca wybudowoł nowom chałupe. Pikna była! Miały w niej mieskać cepry przyjezdzające ku nom na wakacje. Cepry – wiadomo - jak przyjadom w góry, to lubiom mieskać w prymitywnyk góralskik warunkach. No to baca postanowił im te warunki zapewnić. Kazdy pokój posiadoł własnom łazienke, lodówke, telewizor... no, jednym słowem dokładnie takie prymitywne warunki, jakie lubiom cepry. Kie chałupa została ukońcona, gaździna pedziała bacy, coby następnego dnia doł do gazety ogłosenie, ze bedzie mozno u nos znaleźć pikny nocleg. W środku nocy jednak, zanim ten następny dzień nadsedł, baca obudził gaździne.
- Cego fces, ojciec? – spytała gaździna.
- Fciołek ci ino pedzieć, ze nie bede dawoł do gazety ogłosenia o noclegak u nos – pedzioł baca.
- A to cemu? – zdziwiła sie gaździna.
- Bo nasa nowa chałupa właśnie sie pali. – wyjaśnił ze stoickim spokojem baca.
Gaździna tak podskocyła, ze mało głowom w sufit nie pukła. Przerazona, w kosuli nocnej, wybiegła na pole. Baca godoł prawde. Cy jakie zwarcie elektrycne nastąpiło, cy jak – z okien nowej chałupy buchały płomienie ognia. Gaździna chyciła jakieś wiadro, napełniła je wodom z potoka i chlusnęła w ogień. Potem jesce roz poleciała do potoka i jesce roz ... W tym zapale gasenia pozaru zabocyła o bozym świecie. Nawet nie zauwazyła, ze jej wysiłki nicego nie dajom, bo pozar ino robi sie coraz więksy. A baca tyz wysedł do pola i zamyślony poziroł, jak ogień trawi syćko to, co dopiero zbudowoł.
Kie gaździna w swej beznadziejnej walce z zywiołem napełniła wiadro po raz kolejny, zauwazyła zamyślonego bace. Wściekło podesła ku niemu i całom wode z wiadra wylała na jego głowe.
- Co ty robis, matka? – zdziwił sie baca – Dyć to chałupa sie pali, nie jo.
- Widze, ze sie nie palis! – krzyknęła gaździna – A najbardziej to sie nie palis do gasenia pozaru!
- Bo sie zastanawiom - odrzekł baca.
- Nad cym?
- Bo popełniłek dziś jeden grzych i zrobiłek jeden dobry ucynek. No i teroz nie wiem, cemu wybuchł ten pozar? Cy to Pon Bócek karze mnie za grzych, cy diabeł mści sie za dobry ucynek?
- Jak sie natychmiast nie weźmies do gasenia pozaru - zagroziła gaździna – to chyba zaroz chyce cie i wrzuce do tej płonącej chałupy!
- Dojze, matka, spokój. Jo jestem od pasienia owiec, nie od gasenia pozarów. A od pozarów to jest nasa ochotnica straz pozarno, ftóra właśnie ku nom jedzie.
Rzecywiście juz jechoł w nasom strone wóz strazacki. Widocnie ftoś we wsi dostrzegł łune na niebie. Ino było juz za późno. Strazacy dzielnie sie uwijali, ale i tak po chałupie zostało niewiele. Właściwie, nie licąc fundamentów, trza było syćko budować od nowa.
Ale jak sie rozesła wieść o nasym niescynściu, mieskańcy nasej wsi i okolic postanowili pomóc i zacęli zbierać lo nos dutki na budowe nowej chałupy. Jeden doł więcej, inksy doł mniej – kielo fto mógł. W sumie chyba z tysiąc osób cosik nom doło! Ino Felek zza wody nie doł nic, bo pedzioł, ze on barz fciołby dać, ale nie moze, bo akurat brakuje mu dutków. No, ale to najbogatsy cłek we wsi, więc nikogo nie zdziwiło, ze tak pedzioł.
Dzięki zebranym dutkom baca wartko wybudowoł nowom chałupe. Nie dosedł, cy tamtom poprzedniom spalił mu Pon Bócek za kare, cy diabeł z zemsty, ale jo se myśle, ze to nie Pon Bócek. No bo jo mom więcej grzychów niz mój baca, a mi mojej budy Pon Bócek jesce nigdy nie spalił. Jeśli zaś te chałupe spalił diabeł, to wysedł na tym jako Pyrrus na swoim własnym zwycięstwie. No bo pomyślcie ino – spośród syćkik blizsyk i dalsyk sąsiadów tysiąc osób pomogło mojemu bacy, a ino jeden Felek nie pomógł. Cyli ... diabeł przegroł z Ponem Bóckiem tysiąc do jednego! Takiej porazki to nawet naso piłkarsko reprezentacja na tyk mistrzostwak nie do rady ponieść, choćby nie wiem, jak kiepska grała. Hau!


15:37, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (1) »
piątek, 02 czerwca 2006
UFO

Z samiućkiego ranka bace i gaździne obudziło moje scekanie. Baca zwlókł sie z łózka, podsedł ku oknu, wyjrzoł na pole i podrapoł sie po głowie.
- Matka! - zawołoł ku gaździnie.
- Cego? - spytała zaspana gaździna.
- Słysałaś, coby w nasej wsi mieli kręcić kolejnom cęść "Gwiezdnyk wojen"?
- Aaa tam godos - burknęła gaździna.
- W takim rozie przed nasom chałupom wylądowało ufo!
- Co?! Tyś chyba, ojciec, za duzo Smadnego Mnicha wcoraj wypił!
- Nie zwaloj syćkiego na Smadnego Mnicha, ino wyjrzyj bez okno.
Gaździna, mrucąc pod nosem, podesła ku bacy i wyjrzała bez okno. Baca mioł racje! Na wprost nasej chałupy stoł wielki talerz, a na nim wielka przykrywka. Kwaśnica lo całego Podhala by sie chyba w tym talerzu zmieściła! Baca wysedł ku tajemnicemu obiektowi. Nagle pokrywka sie podniosła i ze środka talerza wylozł niski, straśnie dziwacny chłop. Caluśki zielony! Mioł ocy wyłupiaste jako zaba, a na głowie dwie takie śmiesne anteny. Jego nózki były barz krótkie i dreptoł na nik jako kacka.
- Witojcie, kosmicny panocku, w nasych piknyk górak - odezwoł sie baca. - Cego wom trza? Oscypka? Bundza? Zętycy?
- Nie chcę bun-dza, os-cyp-ka, żę-ty-cy. Bzyt!- pedzioł ufolud akcentując kazdom sylabe, a jego głos brzmioł tak, jakby dobywoł sie z głośnika na dworcu kolejowym w Nowym Targu. Ale dobrze, ze umioł godać po polsku. Dyć kosmici zazwycaj godajom po angielsku – widziołek to juz na niejednym filmie kosmicnym.
- A moze jesteście haw na wakacjak i noclegu sukocie? - dopytywoł sie baca.
- Pos-ta-no-wi-liś-my pod-bić wa-szą pla-netę! Bzyt! - oświadcył ufolud. - Przy-le-cia-łem tu za-pro-po-no-wać wam, zie-mia-nom, że-byś-cie się od ra-zu pod-da-li. Bzyt!
- My momy się poddać? Nigdy! - wrzasnął baca, a z chałupy wybiegła gaździna z ciupagom po bacowskim przodku-zbójniku.
- Mos, ojciec! - zawołała gaździna podając bacy ciupage. - Przyłóz fundamentowi tak, coby mu sie gwiazdy i jego rodzinna planeta w ocak ukazała!
Baca chycił ciupage i zdzielił niom ufoluda. Ale ufolud ani drgnął. I nawet śladu po uderzeniu nie było na nim widać!
- Piesku! - baca zwrócił sie ku mnie. - Bier tego kosmicnego ancykrysta!
Posłusnie chyciłek ufoluda za jego zielonom nózke, ale pocułek na swym języku jakiś nieziemsko paskudny smak, poraziło mnie coś jakby prąd, moje futro zacęło sie iskrzyć, a z moik usu buchnęło dymem. Puściłek wartko kosmite. Byłek osołomiony i bez pare minut nie mogłek dojść do siebie.
- Nie mo-że-cie mnie po-ko-nać. Bzyt! - pedzioł ufolud. - Na-wet wa-sza broń nuk-le-ar-na mnie nie znisz-czy. Bzyt!
- W takim rozie nimo rady, poddajemy sie - nieocekiwanie rzekła gaździna. - Wejdźcie, kosmicny panocku, do nasej chałupy. Posilicie sie u nos i omówimy warunki kapitulacji Ziemi.
Zadowolony ufolud podreptoł na tyk swoik nózkak do nasej chałupy.
- Co to wyprawios, matka! - sepnął ku gaździnie rozeźlony baca. - Mój dziad nigdy nie wpuścił pod swojom strzeche zaborcy. Mój ojciec nigdy nie wpuścił okupanta. A ty fces, cobyk kosmicnego najeźdźce w swojej chałupie przyjął?
- Cisej, ojciec, cisej! - odsepnęła gaździna. - Wiem, co robie.
Baca sie uspokoił, bo wiedzioł, ze jak gaździna godo, ze wie, co robi, to wie, co robi. Baca to wiedzioł i jo tyz to wiedziołek, a ufolud nie wiedzioł i rozsiodł sie wygodnie w fotelu bacy.
Na pocątek gaździna pocęstowała kosmite dzbanem zętycy i miskom agrestu, ftóry uprawiała w swoim ogródku. Z kufy ufoluda wysunęła sie zielona rurka, bez ftórom zacął wciągać pocęstunek. No i chyba juz wiecie, co było dalej? Mozno być odpornym na ciupage zbójnickom i zęby owcarka. Mozno być odpornym nawet nawet na rakiete nuklearnom. Ale ani na nasej Ziemi, ani we wsekświecie jesce sie taki nie narodził, kogo nie rusyłaby zętyca z agrestem! Kie kosmita se pojodł i popił, w jego brzuchu cosik zacęło straśnie burceć nicym rozpadający sie skuter. Wreście spytoł:
- Gdzie tu u was jest u-bi-ka-cja? Bzyt! To-a-le-ta! Bzyt! Us-tęp? Bzyt! Ki-be-lek? Bzyt!
- A wy to jesteście kosmicnym górolem cy kosmicnym ceprem? - zainteresowoł sie baca.
- Co za róż-ni-ca? Bzyt! - spytoł ufolud.
- A bo widzicie, panocku - zacął wyjaśniać baca - jeśli jesteście kosmicnym górolem, to wom wystarcy jak pójdziecie do lasu, kucniecie pod smrekiem i ka se kucniecie, hań bedzie was kibelek. Ale jeśli jesteście kosmicnym ceprem, to kibelek lo ceprów jest w korytarzu.
Ufolud pędem pognoł do kibelka w korytarzu. Widocnie był kosmicnym ceprem. Siedzioł hań z godzine. Kie wysedł, jego zielony kolor był cosik wyblakły, zupełnie jakby go wyprano w zwykłym prosku, a nie w prosku firmy ... (zabocyłek nazwy, ale to taki prosek z reklamy telewizyjnej). Wyłupiaste ocy zrobiły sie zapadnięte, a anteny na jego głowie oklapły. Postękując wydusił z siebie:
- Zie-mia-nie, wyg-ra-liś-cie. Bzyt! Wa-sza broń jest dos-ko-nalsza od na-szej. Bzyt! Wra-cam na swo-ją pla-ne-tę. Bzyt!
- A moze fcecie na droge jesce zętycy z agrestem? - zaproponowała gaździna.
- Nie! Litości! - krzyknął ufolud po raz pierwsy nie cedząc sylab i popędził do swego pojazdu.
- Zacekojcie, panocku! - zawołoł za nim baca. - Zabocyliście po tym swoim „Nie! Litości!” pedzieć: „Bzyt!”
Ale ufolud juz go nie słuchoł. Dodatkowo poganiony moim scekaniem wartko wskocył do swojego talerza i odlecioł w kosmos.
Jesce tego samego dnia odkryliśmy coś niezwykłego - po tym, jak ten ufolud załatwił sie w nasym kibelku, poculiśmy, ze nase sambo pachnie jako na stacja benzynowa. Zaciekawiony baca ściągął z samba pokrywe i - wiecie co? - nie było hań zadnego g... ino cyściutka benzyna! I to jesce jaka! Okazało sie później, ze na jednej kropelce mozno było dziesięć tysięcy kilometrów przejechać! Poniewaz mój baca to dobry cłek, syćkim ludziom we wsi rozdoł  benzyne za darmo. I tak jak kiesik o przodku-zbójniku mojego bacy krązyły legendy, ze zabieroł bogatym i oddawoł biednym, to teroz narodziła sie legenda, ze mój baca napadoł na bogatyk kosmitów, a co im zabroł, to oddawoł ubogim górolom.
Teroz pewnie fcielibyście wiedzieć, cy to syćko była prowda, cy mi sie ino śniło? Zapewniom, ze nie śniło mi sie. A cy to była prowda? Jesce nie. Ale jeśli kiedykolwiek przed nasom chałupom wyląduje ufo, to fto wie? Moze wypadki właśnie tak sie potocom, jak to wom opowiedziołek? Hau!


18:18, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (3) »
środa, 31 maja 2006
SMRÓD

Ludzie godajom: "Od smrodu jesce nikt nie umorł". A to nieprowda. Gościł kiesik u mojego bacy profesor z Ujotu. No i ten profesor pedzioł, ze dawno, dawno temu, w 1846 roku Hameryka wdała sie w wojne z Meksykiem. Nawet niewielu Hamerykanów na tej wojnie zginęło - ino 1700. Ale jednoceśnie ponad 10 tysięcy pomarło, wiecie od cego? Od smrodu właśnie! Nie, nie pomyliłek się - PONAD 10 TYSIĘCY HAMERYKANÓW POMARŁO NA TEJ WOJNIE OD SMRODU, bo stan higieny w tej ik armii gorsy był niz w najbrudniejsej bacówce najbrudniejsego bacy. Ot, taki tyci niewidocny zarazek okazoł się groźniejsy niz lufy meksykańskik dział.
Ale z drugiej strony zapach nieftóryk kosmetyków jest tak samo nieznośny jako smród. Kiesik mój baca wiózł mnie do weterynorza na scepienie przeciwko wściekliźnie. No i wsiadła do autobusu tako jedno elegantka, co wypachniła się jakimiś perfumami. A te perfumy tak sakramencko syćkim w nosie kręciły, ze ludzie pocęli syćkik świętyk wołać na pomoc!
A i mój baca uzył roz dezodorantu, co to go ciągle w telewizji reklamowali. Wydezodorancił sie tym cymś i - na mój dusiu! - jak zacęło zeń bić takom straśliwom woniom! Sam sie zacął dusić, a jo go pierwsy roz w zyciu ugryzłek. Nase owce uciekły jaze na Bukowine Waksmundzkom, a moja gaździna uciekłaby jesce dalej, kieby go nie kochała. Ale na scynście kocho go mocno, więc ino kazała mu sie jaze do soboty mocyć w Dunajcu. Do tego casu pachnidło zdązyło z niego zejść i w najblizsom niedziele mógł spokojnie pójść na mse świętom i podziękować Ponu Bóckowi za ocalenie przed śmierzciom z ręki firmy kosmetycnej. Od tej pory mój baca uzywo ino storego pocciwego bezwonnego dezodorantu, co to nieźle maskuje smród, a sam w sobie nie pachnie prawie wcale. I tak jest najlepiej - kie baca ani śmierdzi, ani pachnie, ino jest bezwonny. To znacy dlo wos ludzi jest bezwonny. Bo dlo nos psów to on zawse cymś pachnie. Ale ino my wiemy cym. Hau!

PS. No, przyznoje ze ten tekst tak jakby nie mioł abo rąk, abo nóg, abo jednego i drugiego. W dodatku mioł sie ukazać w ostatni piątek, a ukazoł sie dopiero dzisiok. Ale jo go lubie. Jak mógłyk go nie lubić! To jest mój pierwsy owcarkowy tekst! Opublikowołek go na forum Polityki nr 46/2001 pod artykułem "Smród nasz powszedni", mozno więc pedzieć, ze wroz z tym tekstem narodził sie was owcarek podhalański.


09:11, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (7) »
piątek, 19 maja 2006
WAZONIKI

W poniedziałek przysedł do mojego bacy jeden z nasyk juhasów imieniem Mietek i pedzioł, ze zmienio prace.
- Dobrze mi było u wos, baco - zapewnioł Mietek. - Ale trafiła mi sie pikno okazja. Znalozłek robote za tysiąc złotyk dziennie!
- Tysiąc złotyk dziennie? Krucafuks! - zawołoł baca. - Cyś ty, Mieciu, u jakiego sejka jarabskiego robote znalozł cy jak?
Mietek rozłozył przed bacom gazete i palcem wskazoł na ogłosenie pod rubrykom "Praca". Treść ogłosenia była tako: "Aaaaaaaaaaaaaaa aaaaaaaaaaaaaaaa aaaa. Bez wysiłku będziesz u nas zarabiał tysiąc złotych dziennie! Nie wymagamy żadnych kwalifikacji!"
- Ciekawe, krucafuks, ciekawe - mruknął baca. - Tysiąc złotyk dziennie! Moja baba godo mi, ze jestem naiwny, ale chyba nie jaze tak, jako ty, Mieciu.
- Jeśli to jakieś osustwo, to po prostu nie wezme tej roboty i wróce ku wom, baco - pedzioł Mietek i wrócił sie do swej chałupy.
We wtorek znów Mietek pojawił sie u mojego bacy. Wyglądoł na barzo zmartwionego.
- Mieliście, baco, racje - rzekł grobowym głosem - To zwykłe osustwo. Pojechołek do firmy, co dała to ogłosenie. Sam prezes mnie przyjął. Doł mi sto wazoników i pedzioł, cobyk sprzedoł je dzisiok komukolwiek po 20 złotyk za śtuke. Z zarobionyk w ten sposób dwók tysięcy złotyk tysiąc mom oddać firmie, a drugi tysiąc moge se zatrzymać. I to mo być ten tysiąc dziennie! Ino te wazoniki som tak brzyćkie, ze nawet za złotówke nikt ik ode mnie nie kupi!
- Nie martw sie, Mieciu - pociesoł baca. - Rzuć te robote i na nowo zatrudnij sie u mnie na juhasa.
- Łatwo pedzieć - westchnął Mietek - Jeśli tyk wazoników nie sprzedom, to i tak muse dziś doć prezesowi tysiąc złotyk. Prezes pedzioł, ze mo na swoik usługak takiego prawnika, ftóry tak cy inacej te dutki ze mnie wyciągnie. Cy godoł prowde, cy ino strasył, tego nie wiem. Ale co bedzie, jak godoł prowde?
- Wte musis znaleźć se lepsego prawnika niz mo ten prezes – doradził baca.
- A ka jo go znojde? – jęknął Mietek.
Baca siodł na ławie i sie zamyślił. Po paru minutak wstoł i tak pedzioł:
- Wies co, Mieciu? Jo ci tego prawnika załatwie. Ale najpierw pokoz mi te wazoniki.
Mietek zaprowadził bace do swego auta. Otworzył bagaznik i wyjął stamtąd jeden wazonik. Faktycnie, było to takie paskudztwo, ze jo byk nigdy w zyciu cegoś takiego w swojej budzie nie postawił. Ale baca obejrzoł to z uwagom i rzekł:
- Całkiem pikny wazonik. Mieciu, kupuje od ciebie całom setke. Chodź do mnie do chałupy i dom ci dwa tysiące złotyk.
Mietka zamurowoło.
- Naprowde fcecie to kupić, baco? - spytoł z niedowierzaniem.
- No dyć godom - odporł baca. - A jutro przywieź mi dwieście takik wazoników i tyz syćkie od ciebie kupie.
We środe Mietek przyjechoł do bacy z 200 wazonikami. Baca syćkie przyjął, ale nie mioł juz w chałupie gotówki, więc wypisoł Mietkowi cek na 4 tysiące złotyk. Na pozegnanie popytoł Mietka, coby następnego dnia przywiózł mu 400 takik wazoników.
We cwartek Mietek przywiózł to, o co baca pytoł. Baca znów to syćko zakupił i wypisoł Mietkowi nowy cek, na 8 tysięcy złotyk. Bierąc cek Mietek pedzioł:
- Baco, ten prezes mojej firmy straśnie sie zaciekawił tym, ze wy tak kupujecie te syćkie wazoniki. Spytoł sie, cy moze jutro odwiedzić wos osobiście.
- Niek odwiedzi - zgodził sie baca. - Ino niek przywiezie ze sobom 800 wazoników, bo bede fcioł je kupić.
No i w piątek pod nasom chałupe piknym autem zajechoł sam prezes tej firmy, co sprzedawała brzyćkie wazoniki.
- Posłuchajcie no, baco - pedzioł prezes wysiadłsy z auta i przywitawsy se z bacom. - Obaj jesteśmy dorosłymi ludźmi, więc nie ma sensu owijać w bawełnę. Przecież nie kupowalibyście od nas tych wszystkich wazoników, gdybyście nie mieli w tym jakiegoś interesu. Powiedzcie więc, co wy robicie z tymi wazonikami? Jak powiecie, to nasza firma postara się wam pomóc w pomnożeniu dochodów.
- Chętnie wom powiem, panocku - pedzioł baca - Ino nie za darmo.
- Nie za darmo? - powtórzył nieco zbity z tropu prezes.
- Fcecie ode mnie informacji, panocku - pedzioł baca. - A w dzisiejsyk casak syćko kostuje, nawet informacja.
- No dobrze. Ile? - ponagloł prezes.
- Jak dlo wos... - baca na kwilecke zawiesił głos - ino cternaście tysięcy złotyk.
- Coooo? - wykrztusił prezes.
Jak łatwo policyć, było to dokładnie telo, kielo baca zapłacił Mietkowi za syćkie kupione dotykcas wazoniki.
- Mogę dać najwyżej połowę tej sumy - oznajmił prezes.
- Za połowe tej sumy, to jo wom moge ujawnić ino połowe informacji - stwierdził baca.
- Dziesięć tysięcy i to jest moje ostatnie słowo - oświadcył prezes siląc sie na kategorycny ton.
- Wase ostatnie słowo? Hehehe! - zaśmioł sie baca - A co? Niemowom zamierzocie zostać, cy jak?
- Dobrze. Wygraliście, baco - syknął prezes ocierając chusteckom pot z coła.
Wyciągnął ze swego auta tecke, wydobył z niej kilka grubaśnyk plików banknotów, odlicył cternaście tysięcy złotyk i wręcył mojemu bacy.
- A teraz wreszcie mówcie. Co robicie z tymi kupowanymi od nas wazonikami? - wycedził bez zaciśnięte zęby prezes.
- Nic - spokojnie odrzekł baca.
- Eeee, jak to nic? - zdziwił sie prezes.
- Po prostu nic - pedzioł baca. - Fcieliście informacji, no to jom mocie. Te wase bublowate wazoniki trzymom w stodole i nic z nimi nie robie. To syćko.
- I za to zapłaciłem czternaście tysięcy! - zawołoł prezes. - Oddawaj mi moje pieniądze! Ale to już!
- Ooo, panocku - pedzioł niezmącenie spokojny baca. - Dobiliśmy targu, dutki som moje.
- To zwykłe oszustwo! - wrzasnął prezes.
- Myślołek, ze osustwo polego na cym inksym - odrzekł baca. - Na przykład na zamiescaniu ogłoseń o mozliwości zarobienia tysiąca złotyk dziennie.
- Dosyć! Dosyć! - rycoł coraz bardziej rozwściecony prezes. - Oddawaj mi moje pieniądze, albo pogadasz z moim prawnikiem!
- No to pogodom - zgodził sie baca - Ale najpierw wy pogodocie z moim.
- Piesku! - zawołoł baca ku mnie.
Bez cały cas lezołek pod smrekiem, kilka metrów od bacy i prezesa. Posłuchawsy zawołania, podsedłek ku bacy.
- Piesku, zostoń moim prawnikiem - popytoł baca. - Tak jak nim zostoleś, kie w moim imeiniu negocjowałeś z firmom Happy Herd. Pogodoj z ponem prezesem.
- Wrrrr! - zawarcołek.
Prezes zasłonił sie swojom teckom i łagodnym, ale drzącym głosem zacął ku mnie przemawiać:
- D-d-dobry p-p-piesek. D-d-dobry.
- Hau-hau! Hau-hau! - zascekołek.
Prezes rzucił sie do uciecki. Fcioł wskocyć do swego auta, ale przewidziołek jego zamiar i wartko zagrodziłek mu droge. Wte prezes skręcił i zacął uciekoć w góry. Jo cały cas pędziłek pół kroku za nim głośno scekając. Jak uznawołek, ze za wolno biegnie, skubołek go zębami w rzyć i wte od rozu przyspiesoł. Dobiegliśmy tak jaze do Turbacza i pare rozy okrązyliśmy tamtejse schronisko ku ogólnej uciese obecnych hań turystów. Fciołek pogonić fundamenta ku Storym Wierchom i Rabce, ale przybocyłek se, ze za godzine bedzie Bond w telewizji, więc postanowiłek zawrócić. Pogoniłek prezesa znów ku nasej chałupie, ale inksom drogom, coby nie było monotonnie. A pod chałupom, kie hań dobiegliśmy, dołek juz prezesowi spokój. Ten zaś podł na kolana i ledwo zipiąc z trudem docołgoł sie do swego auta, po cym wsiodł do środka. Odjezdzając wychylił sie ino bez okno i krzyknął ku stojącemu przed chałupom roześmianemu bacy: Jeszcze się zobaczymy!
Ale okrzyk ten był tak nieprzekonujący, ze jasne było, ze prezes nimo najmniejsego zamiaru kiedykolwiek jesce zobacyć sie z moim bacom.
W sobote znów przysedł ku bacy Mietek i zagadnął
-: Baco, dowiedziołek sie, ze ta firma sprzedająca wazoniki właśnie ogłosiła upadłość. No i nimom pracy. Moge sie z powrotem u wos zatrudnić?
- Mozes, Mieciu, ino pod jednym warunkiem - zastrzegł baca. - Zabieres ode mnie te syćkie wazoniki, ftóreś mi sprzedoł.
Mietek sie zgodził i dzięki temu w stodole bacy wkrótce zrobiło sie więcej miejsca.
A w niedziele baca posedł na sume, ka było akurat cytanie o synu marnotrawnym. Mietek tyz był na tej msy. Po wyjściu z kościoła dopodł mojego bace i pedzioł:
- Wiecie co, baco? Wy to zawse byliście dlo syćkik swoik juhasów i dlo mnie jako ojciec. Myśle więc, ze to nie byłoby w porządku, kiebyk nie oddoł wom syćkik dutków coście wydali na te głupie wazoniki.
- Nie musis oddawać, Mieciu - baca odrzekł. - Juz prezes mi oddoł.
- Prezes wom oddoł? - zdumioł sie Mietek - Jak zeście to załatwili, baco?
Baca uśmiechnoł sie i pedzioł:
- Jak sie mo dobrego prawnika, to syćko mozno załatwić.
Haj! A tak w ogole ... cy ftoś z wos nie potrzebuje małego wazonika? Na prezent dlo kogoś na przykład? Mietek mo ik w chałupie siedem setek i chętnie je komuś oddo. Nawet za darmo. Hau!


08:28, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (6) »
piątek, 12 maja 2006
KELNERZY POD TURBACZEM

"Pracownik obsługujący gości w restauracji, jadłodajni, kawiarni itp." - tak Słownik Języka Polskiego PWN wyjaśnio, co znacy slowo "kelner". Barzo słusnie dodano w owym wyjaśnieniu to "itp.", bo dyć kelnerów mozno spotkać nie ino w restauracji, jadłodajni abo kawiarni. Spotkać mozno ik tyz u nos, na przykład na Holi Długiej pod Turbaczem. Ino u nos to oni nazywajom sie kapecke inacej, nie kelnerzy, ale turyści. Ba niek sie nazywajom jako fcom! Wozne, ze mnie piknie obsługujom! Siado se taki kelner-turysta na tej Holi Długiej, wyciągo kanapke i zacyno jeść. A wtedy jo ku niemu podchodze i pozirom mu prosto w ocy. Pozirom, pozirom, pozirom... i to moje poziranie zawse działo jakoś tak, ze turysta nie moze przełknąć ani kęsa - w końcu oddoje mi te swojom dopiero co napocętom kanapke. Choćby z głodu umieroł, a ta kanapka miałaby mu zycie uratować - i tak mi jom oddo!
No to powiedzcie – z rękom na sercu – cy w jakiejkolwiek restauracji, jadłodajni abo kawiarni mieliście lepsyk kelnerów niz jo mom? I nie godojcie, ze ci turyści majom ku mnie zol, ze ik objadom z kanapek, bo wcale nie majom! Nie majom ku mnie ani kapecki zolu za te syćkie kanapki, ftóre piecołowicie porobili se w schroniskak, mozolnie tascyli w plecakak, uśmiechali sie w myślak ku nim i planowali se, ze jak sie strudzom, to se pojedzom. Nie tylko nie majom zolu, ale som zadowoleni, bo uwazajom, ze taki owcarek jedzący ik kanapki to atrakcja turystycno! Mój baca tyz jest zadowolony – bo jak sie najem u turystów, to on mi juz jedzenia sykować nie musi. A i właściciele nasyk podhalańskik knajp som zadowoleni, bo jak turysta straci syćkie swoje kanapki, to coby zaspokoić głód, musi pójść do jakiegoś baru abo restauracji i zostawić hań dutki. W ten oto sposób – jak to godajom miastowi – rozkręco się w nasyk górak koniunktura gospodarco. A jak sie w górak koniunktura rozkręci, to i w inksyk cynściak kraju sie rozkręci. A jak sie w kraju rozkręci – to bedzie dobrobyt. A syćko to bedzie dzięki mnie i mi podobnym owcarkom. Hau!


08:33, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (8) »
piątek, 05 maja 2006
RZUCIĆ KAMIENIEM

Naso święto Ewangelia godo, ze roz paru ancykrystów przyprowadziło ku Poniezusowi poniom z agencji towarzyskiej abo cegoś w tym rodzaju. No i te ancykrysty spytały Poniezusa, cy mozno te poniom ukamienować. A Poniezus tak im pedzioł:
- Ftóry z wos jest bez grzychu, niek pierwsy rzuci w niom kamieniem.
Wte syćka ancykrysty porobiły sie ze wstydu cyrwone jako ślak z Turbacza na Lubań i pomalućku sie rozesły pozostawiając w spokoju i swojom ofiare, i syćkie kamienie.
Od tamtego wydarzenia minęło juz dwa tysiące roków, ale zasady pozostały te same: jeśli fce sie rzucić kamieniem, najpierw trza sie upewnić, ze nimo sie grzychu i dopiero potem ewentualnie mozno rzucać, a i tak trza rzucić w taki sposób, coby nikomu nie zrobić krzywdy, bo jeśli mo sie zamiar tak rzucić, coby zrobić komuś krzywde, to mo sie grzych, no i wte juz rzucać nie wolno.
Roz rzucił we mnie kamieniem jeden pijok. Jo zdązyłek uskocyć w bok, ale kamień trafił w rzyć mojego bace, ftóry akurat kucoł pod smrekiem i sr... - coby nie być wulgarnym - załatwioł pewnom potrzebe fizjologicnom. Mój baca to prawdziwy górol - cłek hyrny, ale jednoceśnie dobrodusny. Tak więc najpierw - jako cłek hyrny - obił pijokowi kufe. A potem - jako cłek dobrodusny - wyciągnął ku niemu ręke na zgode i zaprosił do swej chałupy na wódke. Kie opróznili całom flaske, pogodzili sie jesce bardziej i wypili jesce jednom. Upił sie ten mój baca, ale ustać na nogach jesce umioł. Za to ten pijok, jako ze pił juz wceśniej, był tak sakramencko spity, ze baca musioł wezwać śwagra na pomoc i we dwók zaciągnęli chłopa do domu, ka juz cekała baba z wałkiem w ręku. I od rozu wygrzmociła pijoka straśnie! Bidok krzycoł w niebogłosy, jaze w Zakopanem było go słychać. A akurat na Wielkiej Krokwi odbywoł sie konkurs narciarski i właśnie skakoł Adaś Małysz. Adaś - usłysawsy te wrzaski -  pomyśloł, ze to kibice dopingujom go głośniej niz zwykle i dzięki temu odniósł pikne zwycięstwo.
Pijok zaś, kie następnego dnia rano sie zbudził, cierpioł sakramencko. Syćko go bolało: i głowa od kaca, i kufa od ciosów mojego bacy, i plecy i rzyć od babskiego wałka. Zamiast ciesyć sie z Adasiowego zwycięstwa na Wielkiej Krokwi, cuł sie tak, jakby mu ta cało Krokiew na łeb sie zwaliła. Tak to go Pon Bócek ukaroł za to, ze rzucił kamieniem nie będąc cłekiem bez grzychu. Hau


08:46, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (7) »
piątek, 28 kwietnia 2006
KAPKA FILOZOFII

Cytołek se kiesik jednom ksiązke napisanom bez księdza Tischnera, no i wycytołek hań coś takiego: „krowa i koza jednom trowe zrejom, a gówno inkse”.*
Na mój dusiu! To mnie zaciekawiło. Zacąłek przypatrywać sie krowom i kozom. No i - krucafuks! - Tischner mioł racje! Trowe jadły te samom, ale ik gówna wcale takie same nie były! Prowda, ze to ciekawe?
Postanowiłek zbadać rzec dokładniej: zjeść trowy samemu i sprawdzić, jakie bedzie z tego moje, owcarkowe gówno. Stanąłek se obok jakiejś krowy i zacąłek rozem z niom zreć trowe. Paskudztwo to było straśne, ale dyć jo te trowe jodłek w celak naukowyk, nie lo przyjemności. W końcu rozboloł mnie brzuch, zemdliło mnie i zanim docekołek sie wyniku eksperymentu, straciłek przytomność.
Kie sie ocknąłek, pochyloł sie nade mnom mój baca i pon weterynorz. Weterynorz był nawet fajny. Pedzioł mojemu bacy, ze jestem barz ładny piesek i trza o mnie dbać. Poza tym kazoł dać mi jakąś paskudnom tabletke i przegłodzić mnie bez całom dobe - to juz mi sie mniej podobało, ale to nic, bo tabletke wyplułek, jak baca nie widzioł, a jedzenie wyłudzołek od turystów, ftóryk wtedy w górak było pełno. Pocątkowo mojemu brzuchowi te turystycne pocęstunki niezupełnie sie podobały, ale w końcu sie uspokoił, bo dyć to mój brzuch i mo sie słuchać mnie, a nie pona weterynorza.
No a wracając do tego gówna, o ftórym pisoł ksiądz Tischner, chyba wreście zacynom rozumieć: nasemu wielkiemu góralskiemu filozofowi sło nie o zwykłe, fizycne gówno, ino o gówno filozoficne. Hau!

* J. Tischner, Historia filozofii po góralsku. Kraków 2001, s. 52.

08:46, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 kwietnia 2006
OWCARKOTERAPIA

Roz mojom gaździne sakramencko rozbolała głowa. Wzięła jednom tabletke, drugom, postanowiła przedawkować i wzięła trzeciom - nic nie pomogło. A kie połozyła się do łózka zamiast oglądać pięćset siedemdziesiąty ósmy odcinek swego ulubionego meksykańskiego serialu, stało się jasne, ze musi być z niom barzo źle. Kie tak lezała, podsedłek ku niej i połozyłek na łózku swój pysk, tuz obok jej ręki. Gaździna, chyba bezwiednie, zacęła mnie głaskać. Jak tak głaskała i głaskała, to nagle zauwazyła, ze ból nieco ustąpił. Całkowicie nie przesedł, to prowda, ale pocuła się na telo dobrze, ze mogła obejrzeć ostatnie pięć minut owego pięćset siedemdziesiątego ósmego odcinka.
Zacąłek się zastanawiać: cy to jo pomogłek gaździnie, cy to był ino przypadek? A moze moim powołaniem jest nie ino owiec pilnować, ale tyz ludzi lecyć? Postanowiłek sprawdzić to na więksej licbie choryk. Kie mój baca jechoł do Nowego Targu, chipnąłek ukradkiem do jego furgonetki i pojechołek rozem z nim. W Nowym Targu jakoś udało mi się przemknąć do tamtejsego spitala. Zaroz jednak zauwazył mnie ordynator i od rozu wezwoł ochroniorzy, coby mnie wyrzucili. Ale nie tak łatwo było mnie chycić! Ganialiśmy sie z godzine, jaze ochroniorze sie zziajali. Wte ordynator wezwoł na pomoc policję i straz pozarnom. I wiecie, co się nawyrabiało? Syćka policjanci i syćka strazocy z Nowego Targu zacęli ścigać mnie po całym spitalu. A lekorze, pielęgniarki i chorzy pozirali na te całom ganianine i turlali się ze śmiechu. Wreście jakiś strazok złapoł mnie na kiełbase jałowcowom. Krucafuks! Taki story ze mnie pies, a na takom łatwom śtucke dołek się nabrać! Gorsa rzec, ze odnaleźli mojego bace i zagrozili mu sądem. Na scynście sprawe wartko umorzono, kie okazało sie, ze od tej całej uciechy, jakiej narobiłek syćkim chorym, połowa z nik wyzdrowiała, a drugo połowa duzo lepiej sie pocuła. Wte mój baca dostoł od władz Nowego Targu order i całkiem sporo dutków w nagrode. A jo, jako bardziej zasłuzony, dostołek coś duzo pikniejsego - reśtecke tej kiełbasy, na ftórom złapoł mnie tamten strazok.
I teroz już wiem, ze mom zdolności terapeutycne! Jeśli więc coś komuś dolego -  zaprasom ku mojej budzie. Drogo bierem, to prowda - kilogram kiełbasy jałowcowej za wizyte. Ale skoro lecem tak skutecnie - to chyba warto? Hau!


08:35, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (5) »
piątek, 07 kwietnia 2006
WIZYTA WNUKA

Przyjechoł ku nom dziesięciorocny wnuk mojego bacy i mojej gaździny. Rodzice w Krakowie wsadzili go w autobus i kazali mu wysiąść w Nowym Targu. A w Nowym Targu cekoł juz na niego baca, coby zabrać go autem ku nom.
- Kochanie moje! - zawołała gaździna na widok wnuka. - Ale sie babka ciesy, ześ przyjechoł! Niek cie uściskom!
I gaździna zacęła wnuka ściskać, nagle puściła go, przyjrzała sie mu dokładnie i pedziała:
- Straśnie schudłeś, kochanie moje! Nie karmiom cie rodzice cy jak? Musem z nimi pogodać! Chodźze ku chałupie, babka do ci śniadanie.
- Babciu, ja już jadłem dziś śniadanie - pedzioł wnuk.
- Eee, kie to było! - pedziała gaździna. - Telo casu z Krakowa ku nom jechałeś. Na pewno zgłodniałeś w drodze.
- Nie, babciu, nie jestem głodny - zapewnioł wnuk.
- Tak ino ci sie wydoje, boś zmęcony podrózom - pedziała gaździna z przekonaniem. - Za kwile pocujes głód. Idziemy!
Wnuk - choć mioł ino dziesięć roków - wiedzioł, ze z gaździnom nimo dyskusji, więc polozł za niom do kuchni. A w kuchni - na mój dusiu! - same przysmaki! Z kiełbasom jałowcowom na cele! Ale był tyz pikny świezutki chleb, była synka, był twaróg, ftóry gaździna zrobiła z mleka od własnyk krów i było masło, ftóre tyz gaździna sama zrobiła. Wnuk - choć jako godoł, nie był głody - jodł nawet z apetytem, ale w końcu sie najodł i nieśmiało odsunął talerz.
- Dołozyć ci jesce twarogu, kochanie moje? - spytała gaździna.
- Nie, dziękuję, babciu - pedzioł wnuk.
- No to mos - pedziała gaździna i dołozyła wnukowi twarogu, zupełnie jakby pedzioł: "Tak, poproszę", a nie: "Nie, dziękuję."
- Ejze, matka! - odezwoł sie baca. - Dyć on godoł, ze dziękuje.
- No wies co, ojciec! - fuknęła gaździna. - Własnemu wnukowi jedzenia załujes! Jak ci nie wstyd!
- Ale ja, babciu, rzeczywiście już się najadłem - pedzioł wnuk.
- Jedz, jedz, kochanie moje - cule pedziała gaździna jakby głucho na to, co wnuk godo. - Nie mozes u babki być głodny.
Wnuk doł za wygranom i jakoś wmusił w siebie dodatkowom porcje twarogu. A potem wysedł do pola pobawić sie ze mnom piłkom. Fajno zabawa! Gonimy we dwók za storom piłkom, wnuk jom kopie, a jo próbujem chycić jom zębami. Kie chycem, wnuk próbuje mi jom wyrwać z pyska. Sarpiemy sie i wnuk głośno sie śmieje, a jo głośno warcem (więksość z wos, ludzi, myśli, ze pies warcący to pies zły, a to wcale nie zawse tak jest). I nom obojgu jest wesoło. Tarzomy sie po ziemi i .... kapecke przy tym brudzimy - to prowda - ale nimo sie co martwić - mnie do cystości przywróci descyk, a ubranie wnuka wypiere pralka w Krakowie.
Nie pobawiliśmy sie jednak długo, jak gaździna wyjrzała z chałupy bez okno i zawołała:
- Chodź, kochanie, do kuchni! Drugie śniadanie na stole!
- Babciu, chcę jeszcze trochę pobawić się z psem - jęknął wnuk.
- Pobawis sie za kwile - pedziała gaździna. - A jak zjes, to bedzies mioł więcej siły na zabawe.
Wnuk niechętnie puścił piłke i posedł do chałupy.
- Co fces zjeść, kochanie moje? -spytała gaździna.
- No, nie wiem - wybąkoł wnuk.
W tym wypadku "nie wiem" znacyło lo gaździny: "syćko". Powyciągała z lodówki i safek całom fure jedzenia i postawiła przed wnukiem. Wnuk bez entuzjazmu zjodł to drugie śniadanie, a potem znów wysedł ku mnie. W ręku trzymoł wielki kawał kiełbasy jałowcowej, ftórom gaździna mu dała, coby nie zgłodnioł podcas zabawy. Ale on na te kiełbase nie mioł najmniejsej ochoty. I barz dobrze, ze jej nie mioł! Oddoł jom mi! Mądrze ftoś jednak pedzioł, ze syćko, co pikne wartko sie końcy. Kie zadowolony wziąłek sie do zajadania kiełbasy, nawet nie zauwazyłek, jak gaździna podesła ku mnie ze śmatom i -chlast!!! - jak mnie nie prasła tom śmatom po łbie! Jaze sie zakrztusiłek.
- Ty fundamencie! - wrzasnęła gaździna. - Bidnemu dziecku jedzenie zabieros! Mało to do michy dostajes? Ancykryst nie pies!
Gaździna była tak zło, jakbyk co najmniej próbowoł jej wnukowi gardło przegryźć. Ale po kwili jej srogo mina zmieniła sie w mine pełnom zatroskania i z takom minom zwróciła sie ku wnukowi:
- Chodź, kochanie moje, babka nie pozwoli cie skrzywdzić, nie pozwoli temu brzyćkiemu psu, coby jedzenie ci zabieroł.
Fcąc wynagrodzić wnukowi tom "straśnom krzywde", jakom mu wyrządziłek, gaździna obdarowała go podwójnom porcjom kiełbasy. Kapecke tej kiełbasy dzieciak zjodł. Ale ino kapecke, więcej nie doł rady. Przejedzony siodł pod pobliskim smrekiem, jednom ręke połozył na przepełnionym brzuchu, a w drugiej trzymoł kiełbase, na ftórom poziroł z wyraźnom niechęciom (a mnie - kruca! - ślinka ciekła).
Kie gaździna uwidziała lezącego po smrekiem wnuka, zawołała bace.
- Ojciec, widzis? Co mu moze być, ze tak lezy nieruchomo?
Baca podrapoł sie po głowie i pedzioł:
- Moze opalo sie na słonku?
- E, cosik mi sie widzi, ze on sie nie ruso bo sił mu brak - pedziała gaździna. - Trza mu dać jeść, bo pewnie jest głodny i dlatego nimo siły.
- No jak jest głodny? - Baca nie podzieloł zdania gaździny. - Dyć widzis, ze mo kiełbase i jej nie je. To nie moze być głodny.
- Widocnie kiełbasa mu nie smakuje - pedziała gaździna. - Nic dziwnego, takie świństwa teroz w sklepak sprzedajom. To jo wartko zrobiem mu obiad i sam uwidzis, z jakim apetytem bedzie jodł!
Ale gaździna sie myliła: kie zrobiła obiad, postawiła kwaśnice na stole i zawołała wnuka, ten ino spróbowoł dwie łyzki i dalej nie fcioł jeść.
- Widzem, ze kwaśnica mi nie wysła - zmartwiła sie gaździna.
- Ależ wyszła, babciu! - Wnuk nie fcioł robić gaździnie przykrości. - Jest bardzo smaczna!
- No dyć kieby była smacna, to byś jodł - pedziała gaździna.
Wte wnukowi zol sie zrobiło babki i coby jej nie martwić, zjodł cały talerz kwaśnicy. A gaździna tak sie uciesyła, ze ... dała mu dolewke!
Potem przy drugim daniu i przy deserze było to samo: wnuk nie fcioł jeść, gaździna smuciła sie, ze obiad sie nie udoł, wte wnuka zacynało gryźć sumienie i broł sie za jedzenie, choć ryzykowoł, ze zaroz jego zołądek wybuchnie jako straśliwy wulkan. Na scynście nie wybuchł, ale chyba niewiele brakowało.
Wnuk zrozumioł jedno - lepiej zejść gaździnie z ocu, bo ta jak ino go uwidzi, to zaroz bedzie fciała cymś dokarmić.
Zaroz po obiedzie posedł do stodoły i legł se na sianie. Zreśtom ze sakramanecko przeciązonym brzuchem i tak trudno mu było porusać sie z prędkościom więksom niz 1 centymetr na godzine.
Gaździna i baca zajęli sie domowymi robotami i nie zauwazyli nawet, ze ik wnuk nagle zniknął. Abo zauwazyli, ale myśleli, ze bawi sie kasi po cichu. W końcu jednak gaździna posła do stodoły po siano lo krów i wte uwidziała lezącego na sianie wnuka.
- A co ty haw robis? - spytała gaździna. - Wyjdź do słonka, a nie siedź w ciemnej stodole. Cemu tak lezys?
- Położyłem się tutaj, bo głowa mnie rozbolała - skłamoł wnuk.
Gaździna załamała ręce.
- Słodki Jezusicku! Głowa cie boli, kochanie moje? To na pewno z głodu! Kie cłek głodny, to zaroz głowa zacyno boleć. Chodź, kochanie, do chałupy, zaroz babka do ci coś zjeść.
Krucafuks! Zajrzołek akurat do stodoły i widziołek, jakom wnuk zrobił przerazonom mine! Jakby ducha abo diaska spotkoł!
Nagle jednak przysło lo niego nieocekiwane wybawienie, bo z pola dało sie słyseć wołanie bacy:
- Matka! Trza sie sykować! Musem z wnusiem zdązyć na autobus do Krakowa!
- O, to skoda - pedziała gaździna. - Tak krótko z nomi był. W dodatku właśnie miałak mu dać jeść. W takim rozie przygotujem mu na droge cosik małego do jedzenia.
Daremnie baca tłumacył, ze nimo juz casu, ze późno sie zrobiło i trza sie pospiesyć. Gaździna sie uparła i pedziała, ze głodnego wnusia w droge nie puści - bo co se syn i synowa o niej pomyślom? I wzięła sie gaździna za robienie kanapek "coby kochane wnusio nie zgłodniało, zanim do Krakowa dojedzie". Kie juz zrobiła tyk kanapek całom fure, pozegnała sie z wnukiem, wybośkała go i popytała, coby przyjezdzoł ku babce jak najcynściej. Wnuk wsiodł do auta, baca usadowił sie za kierownicom i auto rusyło do Nowego Targu.
Gaździna posła do chałupy, coby serial brazylijski oglądnąć. W połowie odcinka cosik jom tknęło. Zerwała sie na równe nogi i pobiegła ku sieni. Jej obawy sie potwierdziły: kanapki, ftóre zrobiła wnukowi, lezały w sieni na ławie. Zabocyła włozyć je do torby wnuka!
Nie zastanawiając sie ani kwilecki chyciła telefon i wystukała numer komórki bacy. Z kuchni dosła ku jej usom melodyjka z "Janosika".
- To ancykryst! - syknęła gaździna. - Po co on se w ogóle te komórke kupowoł, jak ciągle w chałupie jom zostawio!
Chyciła gorąckowo ksiązke telefonicnom i zaroz zadzwoniła po taksówke.
- Kiedy taksówka ma przyjechać? - spytoł głos w słuchawce.
- Wartko! - pedziała gaździna. - Barz wartko! To barz pilno sprawa!
Zamówiono taksówka przyjechała juz po 10 minutak, co w nasej wsi jest rzadkościom, ale gaździna i tak wydarła sie na taksówkorza, ze straśnie długo musiała cekać. Na scynście lo taksówkorza nie darła sie długo, bo sie spiesyła. Wzięła spakowane do siatki kanapki lo wnuka, wsiadła do auta i kazała jechać do Nowego Targu. Kie taksówka mijała Waksmund, gaździna uwidziała jadące w przeciwnom strone auto bacy. Stało sie jasne, ze wnuk musioł juz wsiąść w autobus do Krakowa i odjechać.
- Sybciej, ponie kierowco, sybciej! - zawołała gaździna. - Jedziemy w strone Krakowa!
- To nie jedziemy do Nowego Targu? - zdziwił sie taksóworz.
- Nie! Jedziemy dalej! Wartko!
Taksówka minęła Nowy Targ i wjechała na Zakopianke. W Klikuszowej auto zatrzymała policja i fciała wlepić taksówkorzowi mandat za przekrocenie prędkości, ale gaździna zrobiła policjantowi takom awanture, ze ten skulił sie w sobie i pedzioł, ze chyba radar jest zepsuty i przekrocenia prędkości na pewno nie było.
Na wysokości Rdzawki udało sie wreście dogonić autobus do Krakowa. Gaździna kazała taksówkorzowi wyprzedzić ten autobus i zatrzymać sie. Kie taksówka stanęła, gaździna chyciła siatke z kanapkami, wyskocyła z auta i z rozłozonymi rękami stanęła na samiućkim środku jezdni. Kierowca autobusu, widząc, ze ftoś zagradzo mu droge, zjechoł na lewy pas, ale wte gaździna tyz przesunęła na lewy pas. Kierowca autobusu widząc, ze nimo inksej rady, z całej siły wcisnął pedał hamulca. Autobus z piskiem opon stanął pół metra przed gaździnom.
- Czy pani oszalała?! - wrzasnął kierowca autobusu wychylając sie bez okno.
- Otwierać drzwi! - pedziała gaździna tak kategorycnie, ze oniemiały kierowca ze bez sprzeciwu wykonoł jej polecenie. Nie mniej oniemiały był siedzący w środku wnuk gaździny, kie uwidzioł babke z siatkom pełnom kanapek. Gaździna wręcyła kanapki wnukowi, jesce roz go wybośkała, jesce roz pozegnała sie z nim, a potem, wysiadając z autobusu, zwróciła sie ku kierowcy i pasazerom:
- Piknie przeprasom poństwa za to małe zamiesanie. Zycem syćkim przyjemnej podrózy.
A potem znów wsiadła do taksówki i wróciła do domu. Kie juz na spokojnie płaciła taksówkorzowi za kurs, zol sie jej zrobiło bidoka, ze wceśniej tak na niego nawrzescała. Coby mu to wynagrodzić, zaprosiła go do chałupy na kolacje. Taksówkorz zgodził sie chętnie (potem załowoł, bo gaździna wmusiła w niego prawie telo jedzenia, kielo wceśniej wmusiła w swego wnuka, a odmowy typu "Dziękuję, już jestem najedzony" nie przyjmowała do wiadomości).
W trakcie kolacji gaździna opowiedziała bacy o swoim pościgu za wnukiem. Kie skońcyła, baca podrapoł sie po głowie i pedzioł:
- Ej, matka, matka. I po co to syćko? Dyć do Krakowa jedzie sie ino dwie godziny. Wytrzymołby bez tyk kanapek. Z głodu by nie umorł.
Cy jo wiem? Skoro gaździna pędziła za wnukiem z takim poświęceniem ... Moze by jednak umorł? Hau!

PS. Następne opowiadanie - za dwa tyźnie. A więc juz teroz piknej Wielkanocy syćkim zycem.


13:28, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (9) »
czwartek, 30 marca 2006
W PIERWSOM ROCNICE ...

Tekst, co go widzicie ponizej, napisołek jakieś 3 dni po śmierzci Jana Pawła II i umieściłek na nieistniejącym juz dziś forum. Bo trza było coś napisać, coby podnieść na duchu choćby ino kilku pogrązonyk w rozpacy ludzi. Nie jestem teroz pewien, cy słusnie umiescom te opowieść w swoim blogu - dyć juz nigdy nie bedzie sie jej cytać tak, jak cytało sie jom w kwietniu 2005 roku. Ale coś mi mówi, ze jednak warto jom przybocyć. Przedstawiom jom takom, jakom była rok temu, poprawiłek ino kilka literówek.

Ścisko sie nom syćkim serce, kie widzimy w telewizji nasego Papieza na katafalku. Ale tak naprowde to go na tym katafalku nimo, on jest w inksym, pikniejsym miejscu! I cy wyobrazocie se, jakie pikne w tamtym właśnie miejscu musieli zgotować mu powitanie? Pewnie jak otworzyły sie przed nim bramy raju, to az oniemioł, kie ujrzoł tłumy, ftóre wysły mu na spotkanie. Syćkie janiołki i syćka święci wysli mu na przeciw. Bo to, ze do raju przybywajom kolejne dusycki, to codzienność, ale to, ze przybywo dusa kogoś tak niezwykłego, to sie zdarzo ino roz na kilkaset roków! Az bidny był nas Papiez, kie tak cały tłum sie rzucił na niego, bo kazdy fcioł go powitać pierwsy. Rumor sie zrobił i harmider. Całe scynście, ze w niebie syćka som nieśmierztelni, bo tak sie tratowali i święci, i janiołki, ze ofiar tego zamiesania byłoby niemało. Na prózno święty Pieter usiłowoł uspokoić tłum, na prózno prosił o zachowanie nalezytej powagi. Dopiero jak zagroził, ze pójdzie na skarge do Pona Bócka, to sie syćka uspokoili i zrobili nasemu Papiezowi przejście, coby mógł sie udać do Ponobóckowej bacówki. A hań - juz sam Pon Bócek na niego cekoł.
- Witojze ku mnie, Janie Pawle! Nawet se nie wyobrazos, jak haw syćka na ciebie cekaliśmy! - zawołoł Pon Bócek po góralsku (Pon Bócek zawse godo po góralsku, bo jest Najwyzsym Bacom, a językiem urzędowym w niebie jest góralski), a potem chycił Papieza w swe ramiona i uściskoł go nieskońcenie serdecnie. Następnie spojrzoł mu w ocy i w tyk ocak zauwazył jakiś taki smutek. Zdziwił sie straśnie i spytoł:
- A cemuz to jesteś smutny, Janie Pawle? Dyć w niebie jesteś i haw nimo miejsca na smutki ...
Zaroz jednak machnął rękom i zawołoł:
- Racja! Po co sie pytom! Dyć jestem Ponem Bóckiem i wiem syćko! Tobie, mój Janie Pawle, jest smutno, bo ci zal tyk syćkik ludzi, co zostali na ziemi i płacom za tobom.
Papiez skinął głowom.
- Nie martw sie, Janie Pawle - pedzioł Pon Bócek. - Coś na to wymyśle. Dyć od tego jestem Ponem Bóckiem, coby na syćko znaleźć rade.
Pon Bócek siodł se na stołku, ftóry zrobił mu sam święty Józef i zacął sie zastanawiać.
- No to moze - pedzioł w końcu - powinienek zrobić cud i cie wskrzesić, cobyś wrócił sie na ziemie?
Wartko jednak odrzucił ten pomysł.
- Nie! To nie bedzie dobre! Dyć prędzej cy później musiołbyś umreć znowu - i wtedy ludzie pogrązyliby sie w rozpacy po roz drugi.
Pon Bócek podrapoł sie po głowie i znów zacął myśleć.
- A moze syćkik ludzi płacącyk za tobom powinienek teroz ściągnąć ku nom, do nieba? Ale nie! To tyz jest zły pomysł! Nie moge telu dobryk ludzi zabierać z ziemi, bo wtedy nie bedzie mioł fto mi pomóc w docieraniu do serc złyk ludzi.
Nagle Pon Bócek hipnął w góre i klasnął w dłonie.
- Wiem! Juz wiem! - uciesył sie. - Dyć jo ciągle robie wyciecki na ziemie, coby zobacyć, jak se ludzie radzom i cego potrzebujom. No to bedzies na te wyciecki chodził rozem ze mnom, a ci, ftórzy cie kochali, bedom culi, ze jesteś przy nik!
Papiez od rozu sie na to zgodził i smutek z jego twarzy znikł całkowicie.
- Zreśtom to i lo mnie bedzie lepiej - stwierdził Pon Bócek. - Nudno tak było chodzić na ziemie samemu. A we dwók - zawse bedzie raźniej.
No i zaroz obaj zacęli sie zbierać do drogi. Pon Bócek spakowoł dwa plecaki, ftóre dostoł w prezencie od Jarchanioła Rafała, doł papiezowi pare mocnyk turystycnyk butów, ftóre usył święty Kryspin i rusyli obaj ku ziemi, ku syćkim ludziom, coby ik pilnować, cuwać nad nim i w rozie potrzeby im pomagać (ino w taki sposób, coby nie zauwazyli, ze ta pomoc to cud). I takie wyciecki ku ludziom bedom rozem robić juz do końca świata.
Nie wiem, cy uwierzyliście w to, co wom opowiedziołek. Fcecie - to wierzcie, nie fcecie - nie wierzcie. Ale w to, ze nas Papiez bedzie nad nomi cuwoł i nom pomagoł, musicie uwierzyć, bo to jest prowda! Hau!

14:31, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (17) »
piątek, 24 marca 2006
PRAWDZIWKOWO POLANA

Niedaleko nasej wsi, w lesie, jest tako polana, ka zawse rosły barz pikne prawdziwki. Prawdziwkowom Polanom zwie sie ona. Właścicielem jednej połowy polany jest mój baca, a drugiej - Felek znad młaki, co to jest najbogatsy we wsi. No i roz Felek postanowił zagarnąć całom polane, ogrodzić jom i nikogo hań nie puscać. Wte syćkie prawdziwki miołby ino lo siebie, a sprzedając je na jarmaku w Nowym Targu mógłby pikne dutki zarobić. Obmyślił więc Felek sprytny plan. Udoł sie do mojego bacy i tak mu pedzioł:

- Wiecie co, baco? Teroz Unia Europejsko bedzie dotować nase rolnictwo. Te Prawdziwkowom Polane tyz bedzie dotować. No to jo se myślem, ze warto sprowadzić geodete, coby te polane dokładnie wymierzył. Dzięki temu Unia Europejsko bedzie wiedziała, jaka cynść polany komu sie nalezy i kielo dotacji przeznacyć lo mnie, a kielo lo wos.

Baca zgodził sie z Felkiem. Wkrótce potem Felek sprowadził z miasta geodete, ale najpierw zaprosił go do swej chałupy. Doł mu tysiąc złotyk i pedzioł:

- Mocie haw dutki i tak wymierzcie Prawdziwkowom Polane, coby wysło na to, ze ona w całości nalezy do mnie. Rozumiecie?

- Doskonale rozumiem! - uciesył sie geodeta.

- No to wypijmy za pomyślne pomiary - zaproponowoł  Felek wyciągając z safki flaske wódki. Ino ten geodeta to mioł słaby łeb i straśnie sie spił. Późnym wiecorem wysedł do pola, błąkoł sie po wsi i wreście wpodł do przydroznego rowu, ka od rozu usnął. Społ długo i twardo, a tak głośno chrapoł, ze kieby społ kapecke blizej Tater, to chyba syćkik śpiącyk rycerzy by hań pobudził. Rankiem wstoł cały obolały. Najgorzej boloł go łeb. W dodatku zupełnie zabocył, na cyjom korzyść mioł zmierzyć Prawdziwkowom Polane - Felka cy mojego bacy? Postanowił ik obu odsukać. Od napotkanyk we wsi ludzi dowiedzioł sie, ze Felek pojechoł w interesak do Nowego Targu, zaś mój baca siedzi w restauracji i pije piwo. Geodeta posedł do restauracji i rzecywiście zastoł hań mojego bace.

- Baco - zagadnął geodeta. - To wy, czy nie wy dawaliście mi wczoraj tysiąc złotych?

- Jo? - zdziwił sie baca - Nie przybocujem se.

- Aha - pedzioł geodeta. - Nie mówicie, że nie daliście, tylko mówicie, że nie przybocujecie se, to znaczy ... nie przypominacie sobie.

- No, tak pedziołek - zgodził sie baca - Ale o co wom idzie, panocku?

Geodeta pomyśloł, ze być moze w obecności inksyk góroli baca nie fce sie przyznać do wręcenia łapówki.

- To może powiem inaczej - pedzioł geodeta. - Czy chcielibyście, aby ta Prawdziwkowa Polana należała do was w całości?

Baca podrapoł sie po głowie i pedzioł:

- No, nic przeciwko temu byk nie mioł.

- Czyli chcielibyście! - zawołoł geodeta pewien, ze rozwiązoł swój problem. - No to lecę mierzyć tę polanę!

- A lećcie se, lećcie - pedzioł baca. Nie przejął sie tym, ze nic z godania geodety nie rozumioł. Mioł przed sobom napocęty kufel piwa, ftóre zdawało sie ku niemu uśmiechać i mówić:

- Wiecie co, baco? Zycie jest zbyt pikne, coby warto było uprzykrzać je se takimi bzdurnymi sprawami jako Prawdziwkowo Polana.

- Mos racje, piwo - pedzioł baca i wrócił do picia.

Po jakimś casie do restauracji wsedł Felek, ftóry właśnie wrócił z Nowego Targu. Kie sie dowiedzioł, ze geodeta posedł mierzyć Prawdziwkowom Polane, postanowił zacekać razem z moim bacom. Wreście geodeta zjawił sie i oświadcył:

- Wszystko zostało dokładnie wymierzone i sprawdzone. Cała Prawdziwkowa Polana należy do bacy.

- Jak to! - zaprotestowoł Felek - To nie tak miało być! Musieliście sie, panocku, pomylić!

- Jakakolwiek pomyłka jest wykluczona - zapewnił geodeta.

Felek zrobił zdziwionom mine. Zamyślił sie. Myśloł, myśloł i nagle wykrzyknął:

- Ha! Juz rozumiem! Wy, baco, daliście temu geodecie więksom łapówke niz jo! No, tego byk sie po wos nie spodziewoł! Oj, baco, baco! Ładnie to tak przekupywać pona geodete? Ładnie to tak dawać łapówki? Ładnie to tak uprawiać korupcje?

Baca spojrzoł na Felka jak na jakiegoś pomyleńca.

- O co ci, Feluś, idzie? - zapytoł. - To sie wie, ze nieładnie jest przekupywać pona geodete, nieładnie dawać łapówki i nieładnie uprawiać korupcje. Dlatego jo nigdy nic takiego nie robiłek.

- Akurat! - pedzioł Felek - To cemu pon geodeta tak wynierzył Prawdziwkowom Polane, ze wom przypadło syćko, a mnie nic?

Na to baca chycił geodete za prawe ramie i potrząsając nim tak pedzioł:

- Panocku, barz piknie wos pytom. Powiedźcie Felkowi, ze nie dołek wom zadnej łapówki.

Wte Felek chycił geodete za lewe ramie, tyz zacoł nim potrząsać i pedzioł:

- Panocku, jo tyz wos piknie pytom. Przyznojcie sie, ze wzieliście łapówke od bacy.

Geodeta nie wiedzioł, co pedzieć, a baca i Felek potrząsali nim coraz mocniej. Baca wołoł: "Powiedzcie wreście, ze nie dołek łapówki!", a Felek: "Powiedzcie, ze doł!"

Wreście geodeta wydusił z siebie:

- P-o-o-o-wiem, t-y-y-y-lko prz-e-e-e-stańcie trz-ą-ą-ą-ść!

Baca i Felek puścili geodete, a ten oporł sie na kwile o ściane, wciągnął głęboko powietrze w płuca, otorł se pot z coła mapom, na ftórej była zaznacona Prawdziwkowa Polana i pedzioł:

- Moi panowie. Od jednego z was dostałem tysiąc złotych za to, żebym wymierzył Prawdziwkową Polanę na jego korzyść. Niestety - co tu kryć - wypiło się trochę i zapomniałem, który z was dał mi ten tysiąc.

Geodeta wyjął z kieseni portfel, wyciągnął zeń dziesięć stuzłotowyk banknotów i połozył je na najblizsym stoliku. Następnie odezwoł sie głosem świadcącym o bliskości załamania nerwowego:

- Proszę. Oddaję ten tysiąc i nie chcę mieć więcej z tą sprawą nic wspólnego! Nie chcę już mierzyć Prawdziwkowej Polany! Nie chcę mierzyć żadnej polany! W ogóle nie chcę nic mierzyyyyć!!!

Pociągając nosem geodeta opuścił restauracje. Obecni zaś górole otocyli bace i Felka. Byli ciekawi, co sie dalej zadzieje. Nastała cisa, ftórom w wreście przerwoł baca:

- No, Feluś. Chyba musis mi cosik wyjaśnić.

- Jo mom coś wyjaśniać? - odporł Felek udając oburzonego. - Syćka haw obecni zaświadcom, zem ucciwy cłek. Nie dołek temu geodecie zadnej łapówki! To wy, baco, jom daliście!

Baca uśmiechnął sie i pedzioł:

- Tak? A więc skoro to jo dołek tysiąc złotyk łapówki, zabierom do swej kieseni ten tysiąc zostawiony bez pona geodete, bo to som moje dutki.

- Nieee!!! - Felek gwałtownie zaprotestowoł. Był tak straśnie skąpy, ze juz woloł do syćkiego sie przyznać niz stracić choćby złotówecke, a co dopiero tysiąc złotyk. Dokładnie opowiedzioł bacy i inksym górolom, jakom to uknuł intryge, coby posiąść całom Prawdziwkowom Polane. Kie skońcył, wziął lezący na stoliku tysiąc i jak niepysny posedł ku swej chałupie. Na tym sie skońcyła afera prawdziwkowo, ftóra równie dobrze mogłaby sie nazywać Felek-gate, abo jakoś podobnie. Zol mi ino tej bidnej Unii Europejskiej - pewnie nadal nie wie, ftóre prawdziwki dofinansowywać mojemu bacy, a ftóre Felkowi. Hau!

08:31, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 marca 2006
NAPAD

Roz moja gaździna pojechała pociągiem do miasta, w odwiedziny do swej córki i zabrała ze sobom mnie, bo wiedziała, ze dzieci tej córki barz lubiom sie ze mnom bawić. Był juz późny wiecór, kie dojechaliśmy do nasej stacji. Droga od dworca kolejowego do domu córki gaździny prowadziła bez park. No i idziemy se bez ten park, wokoło ciemno, pusto, a tu na wprost nos wyskakuje dwók młodzieńców. Jeden był barz rosły, a drugi jesce roślejsy.
- Dawaj torebkę! – zawołoł do gaździny ten rosły.
- Wara od mojej torebki, ancykryście! – wrzasnęła gaździna. Wyglądało na to, ze ani kapecke nie przestrasyła sie tyk drabów.
- Ooo! Wsiowa! – zadrwił rosły usłysawsy, jak gaździna godo.
- Ooo! Miastowy! – Gaździna odpowiedziała drwinom na drwine.
- Zaroz kaze mojemu psu, coby swoimi zębiskami przerobił wase rzycie na kotlety mielone!
- Nie radzę – odezwoł sie roślejsy wyciągając z kurtki prowdziwy pistolet. – Jak ten pies się ruszy, rozwalę ci łeb.
Krucafuks! Nie było rady. Nie wyglądało na to, coby ten drab śpasowoł i chyba rzecywiście gotów był strzelić. Nie mogłek ryzykować zycia gaździny. Gaździna tyz nie widziała inksego wyjścia, jak oddać młodzieńcom torebke. Młodzieńcy zarechotali, jeden z nik splunął z pogardom w nasom strone, wzięli gaździninom torebke i juz fcieli sie oddalić, kie nagle gaździna zawołała za nimi:
- Zacekojcie!
- Czego? – spytoł nieuprzejmie roślejsy.
- Myślicie, ze jo jestem taka głupia, coby dutki w torebce trzymać? – spytała gaździna. – Nimom ik w torebce, ino nose je w małym worecku na piersiak. Mocie.
To mówiąc gaździna wydobyła zza bluzki mały worecek, ftóry uprzejmie podała młodzieńcom.
- Dobrowolnie oddajesz nam swoje pieniądze? – zdziwił sie rosły.
- A co! – odparła gaździna. – Stora juz jestem, wkrótce umre. To na co mi telo dutków? Ale wy, jak bedziecie sie dobrze sprawować, jesce kapecke pozyjecie, więc wom mogom sie przydać.
Młodzieńcy byli zaskoceni, ale wzięli od gaździny worecek z dutkami i juz mieli odejść, kie gaździna znów za nimi zawołała:
- Zacekojcie! Zacekojcie! Jesce nie odchodźcie!
- Co znowu? – spytoł podirytowany roślejsy.
- Rozsądny cłek nigdy nie nosi dutków w jednym miejscu – pedziała gaździna. – A jo jestem barz rozsądny cłek i w tym worecku miałak ino cęść moik dutków. Reśte mom w bucie.
Gaździna schyliła sie, wyciągneła zza cholewy zwitek banknotów i wręcyła młodzieńcom.
- Dziękujemy – wybąkoł rosły, ale zaroz ten roślejsy trzepnął go w ucho.
- Co ty! Dziękujesz?  To jest nasz łup, a nie jałmużna! Bierz te pieniądze i idziemy!
- Idziecie? Ka idziecie? – zawołała gaździna. – A pierścionek to co?
- Jaki pierścionek?! – wykrzyknął roślejsy.
- Pierścionek na moim palcu – pedziała gaździna. – Dostałak go od mojego chłopa na pięćdziesiątom rocnice ślubu. Prowdziwy brylant! Chyba bylibyście straśnie głupi, gdybyście nie obrabowali mnie z brylantu!
- Dobra! Dawaj ten pierścionek! – burknął roślejsy.
- A, weźcie se – pedziała gaździna ściągając pierścionek z palca. – Ino muse wos ostrzec, ze to lo mnie barz cenna pamiątka i fto mi to odbiere, tego mój duch bedzie po mojej śmierzci strasyć po nocak!
- Hehehehe! – zaśmioł sie ochryple roślejsy. – Nie wierzymy w żadne duchy! Jeszcze się wyrzygamy na twoim grobie! Hehe!
Następnie roślejsy zwrócił sie do rosłego:
- Weź od niej ten pierścionek.
- A dlaczego ja? – sprzeciwił sie rosły. – Ty weź.
- Boisz się? – spytoł drwiąco roślejsy. – Boisz się, że ta stara prukwa będzie cię straszyć po nocach, jak umrze?
- A ty się nie boisz? – spytoł rosły. – Jak się nie boisz, to sam jej zabierz ten pierścionek.
- Ja się nie boję – zapewnił roślejsy. – Tyle tylko, że ja nigdy nie lubiłem takich głupich błyskotek.
- Hahaha! Nie lubisz błyskotek? – teroz z kolei drwił rosły. – A kto wczoraj w autobusie zerwał naszyjnik tej babce ...
Rosły nie dokońcył, bo roślejsy zatkoł mu rękom kufe.
- Bardzo przepraszamy – pedzioł do gaździny. – Musimy się chwilkę naradzić.
Młodzieńcy oddalili sie kapecke od nos. Cosik hań septali se na ucho. Wreście do nos wrócili i roślejsy pedzioł tak:
- Posłuchaj, kobieto. Nie zabierzemy ci tego pierścionka, a nawet oddamy ci torebkę i pieniądze, ale pod warunkiem, że nigdy nie będziesz nas straszyć po nocach.
- Fcecie mnie pozbawić najlepsej lo nieboscyka rozrywki? – Gaździna zrobiła mine, jako dziecko, ftóremu ftoś zabroł ulubionom zabawke. – No, ostatecnie moge sie zgodzić, ze bede wos strasyć ino co drugi dzień.
- Najwyżej raz na rok! – zacął sie targować roślejsy.
- A, niek strace! Roz na tydzień!
- Raz kwartał!
- Roz na miesiąc.
- No już dobrze. Zgoda. – Najwyraźniej młodzieńcy mieli juz dosyć mojej gaździny. Oddali syćko, co jej przed kwileckom zabrali i posli se na piwo, a nos puścili wolno. Dalsom droge przebyliśmi bez przeskód. Kie dotarliśmy wreście do celu nasej podrózy, córka zrobiła mojej gaździnie długi wykład, jak to źle zrobiliśmy idąc bez park, ze trza było jechać autobusem abo taksówkom, bo w nocy w parku jest nieprzyjemnie.
No, z tym ostatnim trudno sie nie zgodzić – o tym, ze nocom w parku moze być nieprzyjemnie, przekonali sie ci dwaj młodzieńcy, ftórzy natknęli sie na mojom gaździne. Hau!


08:40, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (3) »
piątek, 10 marca 2006
RZYMSKIE WAKACJE OWCARKA

Po porannej msy gaździna przysła do chałupy i zawołała ku bacy:
- Ojciec! Nas probosc organizuje autokarowom pielgrzymke do Rzymu, do Ojca Świętego! Warto by pojechoć!
- Ano warto - zgodził sie baca - ino co zrobimy z owcami i psem?
- Owcami zaopiekujom sie juhasi - pedziała gaździna. - A pies ...
Oj! Jo tyz fciołek Ojca Świętego ujrzeć! I to koniecnie! Uciekłek sie do wypróbowanego sposobu - zrobiłek smutnom mine, zaskomlołek i spojrzołek gaździnie prosto w ocy.
- A pies... - powtórzyła gaździna - no dyć, ojciec, znos tego hultaja. Jak go haw zostawimy, to całe Gorce rozniesie. Trza go zabrać ze sobom.
Baca twierdził, ze to nie jest najlepsy pomysł, ale jak moja gaździna coś postanowi, to nimo dyskusji. O tym, ze nimo z niom dyskusji, dowiedzioł sie wkrótce i ksiądz probosc, i syćkie posterunki granicne, ftóre mioły zastrzezenia co do mojego udziału w pielgrzymce.
I tak nasa pielgrzymka - 50 góroli i górolek, ksiądz probosc, kierowca autokaru i jo - dotarła do Wiecnego Miasta. Kieśmy hań dojechali, do audiencji u Ojca Świętego było jesce kapecke casu. Ksiądz probosc postanowił pokazać nom Koloseum. Akurat miało sie odbyć hań przedstawienie tragedii Sofoklesa. Okazja więc była wyjątkowa. Niestety - nie lo mnie. Probosc pedzioł, ze nie wypado, coby pies kręcił sie w miejscu uświęconym krwiom pierwsyk krześcijańskik męcenników. Fciołek znów uciec sie do wypróbowanego sposobu, ale upał sprawił, ze nie miołek siły zrobić wystarcająco błagalnego spojrzenia i gaździna zamiast mi znów ulec, kazała mi pocekać. No to pocekołek. Cekołek i smazyłek sie w tej az za barz słonecnej Italii.
Nagle tuz koło mnie jakiś niedogolony chłop wyrwoł torebke z rąk jakiejś starusecki.
- Aiuto! Aiuto! - zacęła krzyceć starusecka.
Nie wiedziołek, co to znacy, bo gaździna nie zostawiła mi „Rozmówek polsko-włoskik”, ale domyśliłek sie, ze trza łapać fundamenta. Fciołek zascekać „Hau-hauu!”, co znacy „Zaroz go złapie.” Ale nie wiedziołek, jak jest „Hau-hauu!” po włosku, więc od rozu rzuciłek sie w pogoń. Złodziej, kie ujrzoł, ze go gonie, zacął uciekać ku ruinom Koloseum. Wbiegł w jakieś niedostępne lo zwiedzającyk zakamarki, a jo pobiegłek za nim. Teroz z kolei on wołoł:
- Aiuto! Aiuto!
A tymcasem probosc oprowadzoł po Koloseum nasyk góroli.
- W tamtym miejscu - godoł probosc - znajdowała się arena, gdzie pierwsi chrześcijańscy męczennicy ponosili śmierć pożerani przez dzikie krwiożercze bestie.
- Księze proboscu! Księze proboscu! - przerwoł mu nagle jeden z góroli i wskazoł na niegdysiejse podziemia areny. - Właśnie hań widze jednego krześcijańskiego męcennika!
- Uspokójcie się, proszę - pedzioł ksiądz probosc. - Przecież to było dawno. A tam to musi być ktoś ze służb porządkowych.
- To nie som słuzby porządkowe! To krześcijański męcennik! - upieroł sie górol. - Dyć właśnie goni go jakaś dzika krwiozerca bestia!
Ocywiście to nie zadna bestia goniła krześcijańskiego męcennika, ino jo goniłek złodzieja torebki. Kapecke jednak ubrudziłek sie ganiając po tyk zakamarkak Koloseum i z daleka trudno było mnie poznać. Górole pozirali tak na nos bez kwile. Nagle ftóryś z nik zawołoł:
- Słuchojcie! Jesteśmy górolami, cy nie jesteśmy! Krześcijanin w niebezpieceństwie! Trza mu pomóc!
- Racja! Trza mu pomóc! Rusojmy! - zawołali pozostali ucestnicy pielgrzymki i wznieśli ku górze ciupagi, ftóre mieli w planie podarować Ojcu Świętemu. Ksiądz probosc próbowoł ik powstrzymać, ale nie doł rady. Pięćdziesięcioro góroli i górolek z okrzykami bojowymi pognało w nasom strone. A byli hań tyz zagranicni turyści, ftórzy se pomyśleli, ze oto właśnie rozpocęło sie przedstawienie tragedii Sofoklesa, więc chycili swe aparaty i z zapałem to syćko fotografowali.
Górole dobiegli do kompletnie zaskoconego złodzieja i scelnie go otocyli, coby go bronić przed dzikom bestiom, cyli mnom.
- Lasciatemi passare! Lasciatemi passare! - krzycoł złodziej.
Ale górole ino godali do niego:
- Nie uciekojcie, panocku! Jesteśmy krześcijanami, jako wy! Obronimy was i przed lasciatemi, i przed passare! Nie oddomy wos straśliwej bestii!
W końcu złodziej jakoś sie wyswobodził z tłumu góroli, ale zaroz potem otocyli go zagranicni turyści, ftórzy - myśląc, ze to gwiazda włoskiego teatru - zacęli wciskać mu do rąk kartecki i prosili o autograf. Po kwili pojawiła sie wezwana bez starusecke włoska policja. Złodzieja zabrali do hereśtu, a mnie - jeden policjant uścisnął łape! Widocnie starusecka pedziała mu o mnie. Dopiero teroz gaździna z bacom zauwazyli, ze ta rzekoma bestia to... ik ukochany owcarek! Baca coś tam mamrotoł o wstydzie na całe Włochy, a gaździna roześmiała sie straśnie, podesła do księdza probosca i pedziała:
- Sami widzicie, księze jegomościu, ze tego psa hultaja na moment nie mozno spuscać z oka. Nimo rady, musimy go zabrać ze sobom do Ojca Świętego.
Ksiądz probosc zgodził sie z gaździnom. I tak oto stołek sie pierwsym w historii Świętego Kościoła Powsechnego owcarkiem, ftóry znalozł sie na audiencji u Papieza. Media były tak zaskocone, ze nie wiedziały, co o tym pedzieć – więc nie pedzioły nic. No to jo tyz nie powiem, jak było. Hau!


09:17, owcarek_podhalanski , Owcarkowe gawędy
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4